Fale protestów przetaczają się przez Europę. Dlaczego pod wiatr nam z wiatrakami?

Jeszcze kilka lat temu nikt nie wierzył w to, że w Polsce masowo będą powstawać farmy wiatrowe, jednak dzisiaj to już nasza rzeczywistość: aby spełnić unijne wymogi, musieliśmy znaleźć czystszą alternatywę dla węgla. Okazało się, że najtańszą z dostępnych szybko opcji jest właśnie energia wiatrowa.

Spadające gwałtownie ceny turbin wiatrowych, a co za tym idzie cena wytwarzanego przez nie prądu, jest porównywalna, a w przypadku nowszych technologii nawet niższa od stawki oferowanej przez elektrownie zasilane węglem. To dla Polski duże szczęście, bo z możliwościami wykorzystania pozostałych OZE u nas krucho. Dlatego w długofalowej polityce energetycznej naszego kraju to odnawialne źródło energii zajmuje niezwykle ważne miejsce: za 20 lat nasze lądowe elektrownie wiatrowe mają mieć łączną moc 12 GW, co będzie stanowić dwukrotność obecnej (5.8 GW na koniec 2018 roku). Do tego dojdą jeszcze inwestycje planowane na Bałtyku – ocenia się, że jest możliwe zainstalowanie elektrowni offshore o mocy 12-14 GW.

Jednak zza granicy płyną niepokojące sygnały: w ostatnich miesiącach protesty w kolebkach energii wiatrowej, krajach takich jak Niemcy (53 GW mocy zainstalowanych turbin) czy Dania (42% zużycia prądu pokrywane z elektrowni wiatrowych) nasiliły się: ludzie nie chcą turbin w sąsiedztwie swoich domów. U nas elektrowni wiatrowych jest jeszcze niewiele, więc i protestów przeciwko ich budowie jest mniej. Warto jednak przyjrzeć się zagrożeniom, które właśnie teraz zaczynają dostrzegać Ci, którzy wydawali się być zupełnie pogodzeni z ich sąsiedztwem: w końcu w krajobraz tych krajów elektrownie wiatrowe wpisane są już od wielu lat.

Dlaczego protestują?

W świetle duńskiego prawa każda gmina może samodzielnie zdecydować o zakazie stawiania wiatraków na terenie całego jej terytorium. I coraz częściej wykorzystują tę furtkę prawną – już kilkanaście gmin w Danii wprowadziło stosowne rozporządzenie. Co jest najczęściej wymienianą przyczyną? Okazuje się, że rzadko kto wspomina o efekcie stroboskopowym, polu elektromagnetycznym, zacienieniu czy o drapieżnych ptakach ginących w łopatach wiatraków (w Danii ginie w ten sposób aż 2 000 ptaków rocznie). To, co przeszkadza większości z mieszkańców kraju Andersena to hałas i „niszczenie krajobrazu kulturowego”:

Betonowe, stumetrowe monstra skutecznie zmieniają przestrzeń, burząc jej harmonię i zatracając dawny charakter. I dodają: Jeżeli nie byłoby innej możliwości, to zgodzilibyśmy się na tę stratę, myśląc o dobru wspólnym: ochronie klimatu. Jednak wiemy, że wiatraki można równie skutecznie stawiać na morzu – tam jest ich miejsce – z dala od ludzi.

Burmistrz gminy Aabenraa podkreśla: Myślę, że problemem jest wielka presja na spełnienie ogólnokrajowych celów redukcji emisji lokalnie. W krajowej polityce energetycznej nie ma dla nas, mieszkańców gmin, żadnych korzyści. Nie dostajemy w zamian nic oprócz wielkich wiatraków za naszymi oknami – jesteśmy zakładnikami krajowego planu. Ustawa mówi, że wiatrak może stanąć nawet 600 metrów od budynku mieszkalnego, a ta odległość jest zdecydowanie niewystarczająca. Niech urzędnicy z Christiansborg (duńskiego parlamentu) sami mieszkają sobie w takich warunkach – kwituje poirytowany.

Wiatraki irytują bardziej niż ruchliwa droga

Co ciekawe poziom decybeli generowany przez pracujące łopaty wirnika nie jest wyższy od tego, który powodują drogi o średnim nasileniu ruchu. Jednak w świetle badań widać, że szum wiatraków jest dla ludzi zdecydowanie bardziej irytujący. Skąd ta różnica? Podejrzewa się, że chodzi tu o element braku przewidywalności – huk turbiny zmienia się w zależności od kierunku i siły wiatru. Droga generuje uciążliwy, ale rytmiczny i przewidywalny hałas. Dodatkowym, z pewnością istotnym czynnikiem, jest miejsce stawiania wiatraków – to zazwyczaj miejsca oddalone od miast, słabo zaludnione obszary rolnicze. Ludzie na takich terenach oczekują ciszy i spokoju i dlatego decybele generowane przez wiatraki mogą być dla nich bardziej zauważalne niż dla osób zamieszkujących centra dużych miast.

Nowe wyniki badań: zaobserwowano wpływ wiatraków na zdrowie 500 tysięcy osób

Czy zagrożenia w związku z którymi protestują Niemcy czy wspominani tutaj Duńczycy są realne? Czy oprócz oczywistego zaburzenia estetyki krajobrazu turbiny wiatrowe mogą powodować również zagrożenie dla zdrowia ludzi? Od zeszłego roku mamy w tym zakresie zdecydowanie większą wiedzę – w Danii opublikowano wyniki kilkuletnich, przeprowadzonych na masową skalę badań wpływu turbin wiatrowych na zdrowie człowieka.

Warto wziąć pod uwagę wyniki akurat tych wyników, bo wzięło w nich udział 553 000 osób (czyli 10% wszystkich mieszkańców Danii). Kraj ma na tyle dużą gęstość farm wiatrowych, że w promieniu sześciu kilometrów od każdej z nich mieszka/mieszkał przez przynajmniej rok właśnie co dziesiąty Duńczyk.

Kilkuletnie badania nie potwierdziły najgorszych przypuszczeń: wpływu na występowanie zakrzepicy, cukrzycy, podwyższonego ciśnienia oraz negatywnego wpływu na dzieci w okresie prenatalnym. To, co niestety udało się potwierdzić, to relacja pomiędzy obecnością wiatraków a liczbą recept wystawianych na leki antydepresyjne oraz bezsenność, w szczególności u osób powyżej 65 roku życia.

Wyniki badania są tym ciekawsze, że zbadano osoby mieszkające nie tylko w bezpośrednim sąsiedztwie turbin (minimalna odległość w Danii to ok. 600 m; cztery wysokości turbiny), ale również w kilkukilometrowym oddaleniu: do ich czterdziestokrotnej wysokości (40H). Przy 150 m turbinie, która jest graniczną dopuszczalną wysokością wiatraków na lądzie w Danii, 40H to odległość równa ok. 6 km.

Czy farmy offshore są naszą przyszłością?

Z raportu jasno wynika, że nie można udowodnić bezpośredniej relacji pomiędzy chorobami krążenia czy nieprawidłowościami w rozwoju płodu, a działaniem wiatraków. Jednak to co udowodniono jest z pewnością mocną podstawą dla protestów przeciw budowie turbin w ich bliskim sąsiedztwie. Stąd też w Danii władze lokalne wywierają silną presję na rząd o zaprzestanie inwestycji w farmy lądowe, tym bardziej, że mają w ręku koronny argument: świetnie działające na wodach terytorialnych tego kraju farmy morskie.

Parki offshore mają w Danii moc kilkuset MW; największa obecnie działająca na morzu: Horns Rev 3 ma moc 400 MW (8 MW każda z turbin), w 2021 ma zostać otwarta 600 MW Kriegers Flak, a do 2027 zacznie produkcję gigantyczny, 800 MW „Thor”, który zapewni prąd dla 800 000 gospodarstw domowych.

Ale czy Dania może pozwolić sobie na całkowite wycofanie się z instalacji na lądzie? Władze centralne pomimo rozwiniętej, sprawdzonej technologii uważają, że w tym momencie i jeszcze przez wiele lat nie będzie to możliwe, ze względu na dużo wyższe ceny prądu z morskich farm wiatrowych: szacuje się, że w latach 2020-2024 cena za prąd z wiatraków na lądzie będzie kształtowała się na poziomie 250 kr za MWh, a za ten produkowany przez farmy morskie – 400 kr za MWh.

„Szwedzi protestują tylko, gdy wiatrak się nie kręci”

Farmy wiatrowe offshore to inwestycja na której efekty trzeba będzie czekać wiele lat: uzyskanie pozwoleń, przezwyciężenie problemów technologicznych – to wszystko zajmuje więcej czasu niż w przypadku sprawdzonych już w naszym prawie elektrowni lądowych. Co można więc zrobić, aby przekonać ludzi do wiatraków w sąsiedztwie ich domów? U naszego północnego sąsiada, w Szwecji, problem z oprotestowywaniem nowych inwestycji wiatrowych nie istnieje i to wcale nie z powodu karności Szwedów. Mieszkańcy tego kraju w przypadku zamieszkiwania terenów sąsiadujących z wiatrakami otrzymują swoją część zysku z produkcji prądu: im bliżej wiatraków mieszkają, tym wyższa zapłata. Ludzie czują, że w zamian za wątpliwą przyjemność mieszkania w pobliżu betonowego, hałaśliwego słupa, otrzymują coś w zamian. Dlatego w Szwecji protesty dotyczące elektrowni wiatrowych występują jedynie w sytuacji, gdy wiatraki przestają działać.

To już pewne: bez wiatraków rewolucja czystej energii w naszym kraju nie uda się, a żeby ją sprawnie przeprowadzić, potrzeba nam zachęt takich jak np. te stosowane w Szwecji. Jednak pamiętajmy również o zdrowiu ludzi, którzy będą żyli w ich sąsiedztwie: w świetle przytoczonych w tym artykule, niezwykle kompleksowych badań przeprowadzonych w Danii, warto zastanowić się nad lobbowanymi szeroko zmianami w prawie, znoszącymi minimalną odległość 10H od zabudowy mieszkaniowej. Duńczycy mieszkający nawet w odległości nawet 6 km odczuwają negatywne skutki działania turbin – warto rozważyć jakie wyniki otrzymalibyśmy, gdyby zmniejszyć tę odległość do proponowanych 800 metrów?

Źródła:

  • Wyniki ogólnokrajowego badania wpływu elektrowni wiatrowych na zdrowie Duńczyków (w języku angielskim): https://sum.dk/Aktuelt/Nyheder/Forskning/2019/Marts/Vindmoelle-stoej-og-helbred.aspx
  • https://ens.dk/ansvarsomraader/vindenergi/fakta-om-vindenergi
  • https://powerplants.vattenfall.com/horns-rev-3
  • https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=File:Share_of_renewables_in_gross_inland_energy_consumption,2017(%25).png
  • https://www.dr.dk/nyheder/penge/kommuner-paa-stribe-sloejfer-vindmoeller-paa-land
  • https://jyllands-posten.dk/aarhus/ECE11810959/nye-regler-giver-mulighed-for-hoejere-vindmoeller-i-aarhus/
  • http://www.videnomvind.dk/svar-paa-rede-haand/er-der-meromkostninger-ved-at-producere-el-fra-vindmoeller-paa-land.aspx
Poprzedni artykuł

Czy samochody elektryczne są ekologiczne?

Następny artykuł

10 prostych kroków do bycia zero waste

Ostatnie z kategorii